Za darmo zrobię wszystko

6/15/2017


Ten temat chodził mi po głowie od dłuższego czasu. Rozmawiałam kiedyś o tym z Iloną i mówiłam jej, że mam zamiar stworzyć o tym tekst. Na słowach się skończyło. Brak czasu zdominował każdy mój dzień, a ja sama zapomniałam o dyskusji, którą chciałam podjąć. Niedawno trafiłam jednak na post Partyzantki (link) i przypomniało mi się, że "hej! Ewelina chciałaś o tym pisać!". Dlatego też dzisiaj zabieram głos w tej niezwykle istotnej sprawie.


Blogowanie to przede wszystkim pasja
Nie ma co dyskutować z tym, że prowadzenie bloga powinno być przede wszystkim przyjemnością i rozrywką. Można rzec, że to miłość bezinteresowna, przynajmniej na początku. Zaczynanie z myślą, że zbijemy na tym fortunę, nie przynosi niczego dobrego. Pojawia się jednak taki moment, kiedy czujesz się wykorzystywany, niedoceniony i zapracowany. I tak, wiem, zaraz się zacznie, że nikt mi nie każe, że mogę sobie z tego zrezygnować i tak dalej. Owszem. Ale co w przypadku, kiedy czuję, że wcale nie chcę przestać? Że tak, mam z tego przyjemność, ale same egzemplarze recenzenckie to za mało?


Słabizna, oj słabizna
Fakt, że większość blogerów książkowych i bookstragramowiczów współpracuje na zasadzie barteru sprawia, że poziom wszelkich dokonań w tym zakresie pozostawia często wiele do życzenia. I żeby było jasne, same pracujemy w ten sposób. Cieszą nas darmowe egzemplarze książek, bo kochamy czytać, ale w pewnym momencie można odczuć frustrację. Dlaczego? Na przykład z uwagi na to, że wydawnictwa traktują nas dość różnie. Często nie odpisują na maile, mimo że sami proponowali współpracę, nie wysyłają umówionych egzemplarzy i krótko mówiąc zlewają temat, który SAMI PODJĘLI. I kiedy dochodzi do takiej sytuacji zastanawiam się, czy jeśli musieliby zapłacić za promocję/recenzję, bardziej docenialiby naszą pracę i czas? Po drugie, co bardzo istotne, umiejętności prezentowane przez samych "blogerów" często nie są najwyższych lotów. I czuję wtedy swego rodzaju rozczarowanie, że ktoś, kto nie potrafi sklecić sensownego zdania, ktoś to w recenzji zamieszcza masę spoilerów, otrzymuje to samo co ja. Nasza praca zrównywana jest do tego samego poziomu. Dość przykre. 


Blogerzy jak grzyby po deszczu
Nie wiem, czy tylko ja to zauważyłam, ale ostatnio powstają coraz to nowsze blogi i bookstragramy. I wszystko super, tylko czy każdy się do tego nadaje? Nie sądzę. Zarówno robienie ciekawych zdjęć, jak i pisanie dobrych tekstów, wymaga określonych umiejętności. I nie, wcale nie uważam się za najlepszą fotografkę i recenzentkę, ale zawsze przykładam się do tego, aby to co puszczam w świat miało ręce i nogi. Niestety nie każdy wykazuje takie zaangażowanie. Wracając do tematu zwiększającej się liczby recenzentów - z jednej strony to fajne, bo czytelnictwo się rozwija, ludzie zaczynają lubić się z książkami. Jest też druga strona medalu. Wydawnictwa mogą przebierać w ofertach i jeśli jakiś bloger, który rzetelnie wykonuje swoją pracę, zażyczy sobie zapłaty innej aniżeli darmowa książka, zostanie zlekceważony. Bo po co przejmować się jakimś tam Janem Kowalskim, skoro jest tyle ustawiających się w kolejce osób, które zrobią wszystko za darmo. A że zrobią niekoniecznie dobrze, to już inna para kaloszy.


Reklama kosztuje
Reklama zwykle bywa kosztowna. Oczywiście cena zależy od różnych czynników, ale fakt jest jeden - za reklamę się płaci. I wiecie co? W każdej branży ludzie dostają pieniądze za tzw. lokowanie produktu. W sferze książkowych blogerów to wciąż temat tabu i rzadko spotykana praktyka. Nie mam tutaj na myśli zachwalania książek niezależnie od ich jakości. Nie mogłabym mówić pozytywnie o książce tylko dlatego, że ktoś mi za to zapłacił. Chodzi bardziej o to, że samo mówienie i pokazywanie ich powinno być w jakiś sposób doceniane. Sami wiecie, jeśli działacie w książkowej strefie, ile czasu zajmuje przeczytanie książki, zrobienie jej dobrych zdjęć, stworzenie atrakcyjnego wpisu. 


Recenzja sponsorowana?!
Jest jednak mały problem - jak zarabiać kasę i jednocześnie być uczciwym wobec swoich czytelników? Co zrobić, żeby zyskać zaufanie odbiorców? To bardzo trudny temat. Myślę, że ciężko byłoby je zdobyć, a ludzie zarzucaliby nam to, że się sprzedajemy. Już teraz pojawiają się opinie, że blogerzy zachwalają książki, mimo że są słabe, bo chcą przypodobać się wydawnictwom. Wątpię też, że te ostatnie byłby w stanie zapłacić za recenzję w ogólności, mając na uwadze fakt, że może być niepochlebna. Z drugiej strony uważam, że osoby zajmujące się promocją, powinny podjąć takie ryzyko. Gdyby "płacenie za recenzje" (wiem, brzmi okropnie) i reklamę weszło wszystkim w nawyk, zyskalibyśmy grono rzetelnych i przykładających się do swej pracy twórców. Teraz co rusz trafiam na kiepskiej jakości recenzje, a mimo to bloger cieszy się uznaniem osób z działu promocji i otrzymuje coraz to nowsze książki. Wychodzi na to, że ważne jest tylko to, żeby zaprezentować książkę, a sam poziom może być zatrważająco słaby.


Co dalej?
Podsumowując, sama nie wiem jak należałoby ugryźć ten temat, żeby było dobrze. Potrzebna jest chyba rewolucja na linii bloger - wydawnictwa. Same, jak już wspomniałam, pracujemy na zasadzie barteru. Chyba jednak pora to ograniczyć. Zaraz zapytacie, dlaczego całkowicie z tego nie zrezygnujemy. Już śpieszę z odpowiedzią. Współprace z wydawnictwami to dla nas przede wszystkim okazje, by przeczytać dużo ciekawych pozycji jeszcze przed premierą. To naprawdę sprawia frajdę!

Nie odbierzcie tego tekstu jako ataku w stronę wydawnictw czy też blogerów. Moim celem jest zwrócenie uwagi na problem, jaki niewątpliwie istnieje. Chciałabym, aby nastawienie zarówno twórców, jak i wydawców do tego tematu uległo zmianie. Abyśmy nawzajem się szanowali i bardziej doceniali naszą pracę. Dumam sobie cicho nad tym, że gdyby tak zjednoczyć siły i przestać dawać się wykorzystywać, książkowa blogosfera mogłaby zyskać nowe życie. Z drugiej strony martwię się, że co niektórzy mogliby wpaść w wir zachwalania książek kiepskich, po to tylko żeby zarobić.

Dajcie koniecznie znać co o tym sądzicie. Zależy mi na tym, żeby wypowiedzieli się zarówno blogerzy jak i osoby spoza tego grona. Czytelnicy - napiszcie, czy dalibyście wiarę recenzjom, gdybyście mieli świadomość, że ktoś zapłacił nam za ich napisanie?

Ewelina

Podobne posty:

29 komentarze

  1. Jako bloger mam wrażenie, że teraz wszyscy chcieliby bezpłatne egzemplarze do recenzji. Coraz więcej blogerów, walka o współprace... Nieraz spotykam się z chamstwem blogerów, kiedy odmawiam promowania początkujących osób. Jakaś masakra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też widzę, że jest tzw. szał na darmowe egzemplarze recenzenckie. Pojawia się dużo pytań, co robić, żeby takie dostać. Każdy chyba na początku chciał nawiązać tą pierwszą współpracę, bo była swego rodzaju zapewnieniem, że jesteś całkiem dobry. Ale to chyba tylko iluzja... E.

      Usuń
  2. Z pewnością jest to trudny temat. Dla wydawnictw jest to możliwość promocji, a dla każdego blogera szansa na zdobycie darmowej książki. Myślę, że problem pojawił się na początku istnienia blogów czy bookstagramów - ktoś zobaczył szansę na darmowe książki i tyle mu wystarczyło. Ale nie zapominajmy, że taki problem nie tylko przy książkach się pojawia. Osoby, które promują np. kosmetyki, nie zawsze za to dostają pieniądze - na to mogą liczyć tylko te najbardziej znane osoby, najczęściej ze świata celebrytów. My, z dosyć zamkniętego świata książek nie wypłyniemy na głęboką wodę i nie zaczniemy chodzić na gale i pokazywać się w telewizji, a Pudelek o nas nie zacznie pisać. Chyba to dla wszystkich jest logiczne.
    Prawda jest taka, że jeśli bloger zauważy, że wydawnictwo nie zawsze patrzy się na jakoś recenzji i zdjęcia, po prostu przestaje się starać i idzie na łatwiznę. Bo tak jest łatwiej. A każdy z nas ma chwile wątpliwości i przemęczenia, a kolejne książki przychodzą - nieraz widziałem, jak ktoś na to się skarżył. Ale taki bloger nie powie stop, bo wie, że więcej wydawnictwo do niego może nie napisać. I tutaj powolutku koło się zamyka, bo jak wspomniałaś, jest coraz więcej osób w tym świecie i każdy stara się ugrać coś dla siebie.
    A teraz taka chwila refleksji: ja też prowadzę Instagrama, też prowadzę bloga. I też współpracuję z kilkoma wydawnictwami, a kiedy przychodzi kolejna propozycja, bardzo się cieszę. Robię zdjęcia i piszę na tyle, na ile potrafię. Może nie zawsze jest to mistrzostwo fotografii, ale najważniejsze, że mogę komuś zaprezentować jakąś książkę - polecić lub nie (kiedy widzę, że ktoś kupuje książkę dzięki mojej recenzji, serce mi rośnie) i sprawia mi to ogromną przyjemność. Nie ukrywam, że dzięki wydawnictwom mogę robić to swobodniej, bo wiem, że nie na wszystkie książki mógłbym sobie pozwolić.
    Starczy tego mojego biadolenia.. i tak pewnie komuś już zaszedłem za skórę. ;)

    Zapraszam do mnie:
    TheMensBooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wstępie dziękuję, za tak długi komentarz - na tym właśnie mi zależało! :)
      Też sądzę, że przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w samym początku istnienia książkowej blogosfery. Ale kurcze, może pora to zmienić? Nie chodzi o to, że parcie na szkło, że kasa, że sława. Bardziej o to, że odwalamy często ogromną robotę dla wydawnictwa, a kwestie wdzięczności są tutaj mocno zaniedbane.
      Napisałam też, że nie porzucimy całkowicie współprac na zasadzie barteru. Tak jak wspomniałeś - daje mi to możliwość poznania wielu książek, na które zwyczajnie nie miałabym pieniędzy.
      Pozdrawiam! E.

      Usuń
  3. Temat rzeka... myślę, że początki każdego z nas były takie same - chęć czytania, dzielenia się swoją pasją, "wyrzucenia z siebie" natłoku myśli i emocji po przeczytaniu książki, w formie bloga, czy bookstagrama. Później zachłyśnięcie się propozycjami współpracy i ta satysfakcja, że wydawnictwo mnie doceniło. Aż w końcu nadeszła szara rzeczywistość i okazało się, że z współpracami nie jest tak pięknie, jak się wydawało. Aby zmienić formy współpracy większość z nas musiałaby zaproponować twarde warunki, ale nie oszukujmy się, na nasze miejsce będzie milion chętnych za darmo i za byle jak. To trochę jak walka z wiatrakami, bo nie liczy się serce włożone w napisanie recenzji, czy zdjęcia, tylko liczba obserwatorów. Podobnie jak Wy, dostrzegam problem, ale już nie spinam się o to. Robię swoje, czyli to co daje mi przyjemność i satysfakcję - czytam, piszę, robię zdjęcia i będę to robiła dalej, bez względu na to, czy będę współpracowała z wydawnictwami, czy też nie. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za głos :* Fajnie, że jesteś!
      Zdecydowanie - temat rzeka. I tak, masz rację - pierwsze współprace to istne szaleństwo, radość i wielka euforia. Człowiek cieszy się jak głupi, że dostaje te książki za darmo, przedpremierowo. Później zaczyna jednak coś nie grać. Pojawia się rozczarowanie, trochę czujemy się wykorzystywani... I pojawia się refleksja, co można zrobić, żeby było lepiej? Tylko na właśnie, czy coś w ogóle? Blogerów przybywa, nikt nie będzie płakał nad tym, że XYZ nie chce już recenzować za darmo. Myślę, że potrzebna byłaby rzeczywista rewolucja i zjednoczenie sił. Tylko się zastanawiam, czy ktoś w ogóle chce sobie zawracać tym głowę.

      Może kiedyś sytuacja się naprawi, może nie. My, podobnie jak Ty, dalej będziemy robić swoje. Kochamy czytać, a pisanie recenzji to dla nasz przede wszystkim duża przyjemność.
      E.

      Usuń
    2. Podpisuję się pod słowami Paulinki :* mam tak samo jak ona zdanie, bo właśnie my w tym samym czasie zaczęłyśmy blogować. Ja o to wszystko przestałam się spinać, blog to dla mnie hobby, ale mam takie szczęście, że nie współpracuje już z wydawnictwami. Sporadycznie, jeśli mnie coś zainteresuje. I na dobre mi to wychodzi :) bo czytam to, co chcę, kiedy chcę i nic mi niczego nie narzuca :) może kiedyś się ta cała sytuacja zmieni, ale w to wątpię ;)

      Usuń
  4. Jestem młodą stażem bookstagramerką. Nie prowadzę żadnej współpracy z wydawnictwami, ale jest to moim marzeniem. Oczywiście, nie dlatego, że chciałabym dostać stosy książek za darmo. Dla mnie czytanie książek i pisanie recenzji to przyjemność. Nie byłabym w stanie brać za to kasy. Może mam dziwne podejście. A to, że jest nas coraz więcej to normalne. Fanów książek powinno być jak najwięcej. Książki dają nam wiele. Dzięki nim nasza wyobraźnia ma szanse na rozwój. Możemy dotrzeć do całkiem innego świata. Być w kilku miejscach jednocześnie. To książki utworzyły moją osobowość. Dzięki nim, jestem jaka jestem. Nie wyobrażam sobie "sprzedawania" swojej opinii o książce. Nie wiem, może po prostu, nie potrafię pisać pozytywnie o książkach, które mi się nie podobają. Nie byłabym dobrym kąskiem do kupienia. Zawsze piszę obiektywnie, nawet jeśli wiąże się to z utratą fanów. Choćbym miała zero obserwatorów na instagramie, pisałabym dalej. Owszem, problem istnieje, ale wątpię w to, że uda się go rozwiązać. Osoby, które się sprzedają muszą same zrozumieć, że robią źle. A do tego potrzeba czasu.
    Uważam też, że wszystkich "nowych" blogerów nie można wrzucać do jednego worka. Nigdy nie wiadomo, czy nie jest to początkująca recenzencka perła.
    Pozdrawiam,
    @kredziaczyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, fajnie że zaglądnęłaś i zostawiłaś komentarz :)
      Piszesz, że jeszcze nie współpracowałaś z wydawnictwami - wszystko przed Tobą! Sądzę jednak, choć mogę się mylić, że w pewnym momencie, po tym jak już popracujesz z wydawcami, poczujesz, że nie wszystko jest takie cudne i różowe.
      Pisząc ten tekst, nie miałam na myśli brania kasy za "pozytywne recenzje" tylko recenzje w ogólności. Bez względu na to, czy będzie ona pochlebna czy też nie. Nigdy nie napisałabym wychwalającej książkę recenzji po to tylko, żeby zarobić.
      Co do zwiększającej się liczby twórców - okey, wszystko fajnie i cieszę się z tego. Tylko mam wrażenie, że posiadanie bookstagrama i bloga o książkach stało się zwyczajnie modne. A tym samym, że niektórzy ludzie tworzą coś takiego na siłę.

      Życzę Ci powodzenia w bookstragrama! :* Pozdrawiam, E.

      Usuń
  5. A ja patrzę na to bardziej pozytywnie. Wydaje mi się, że bookstagram jest w fazie rozwoju i płatne recenzje to tylko kwestia czasu. Nie zapominajmy, że najważniejszy jest content. Być może teraz jest bum na współpracę z wydawnictwami w postaci barteru,jednak to właśnie takie osoby jak Wy - blogereki z ugruntowaną pozycją,z dużą wiedzą i doświadczeniem macie szansę to zmienić.
    Blogerzy przychodzą i odchodzą. Tak naprawdę większości nie da się czytać przez spoilery lub słabą treść. Dlatego uważam,że siła tkwi w blogach pisanych nie tylko z pasją, ale i z pomysłem. I wydawnictwa też w końcu to docenią.

    Pozdrawiam
    @booksmyname

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć!
      Na wstępie dziękuję za głos w sprawie. Twój znacznie różni się od pozostałych - jesteś pozytywnie nastawiona i patrzysz z nadzieją na przyszłość. Mam nadzieję, że kiedyś stanie się tak jak piszesz.
      Co do tego, że mamy ugruntowaną pozycję to bym nie przesadzała. Oczywiście jest mi bardzo miło, ale sądzę że jeszcze długa droga przed nami.

      Pozdrawiam, E.

      Usuń
    2. Długa droga przed Wami i przed całym bookstagramem, który jest w fazie rozwoju. I właśnie przez to, że ciągle się rozwija jest szansa na to, że kiedyś recenzje będą sponsorowane. :) Być może jestem przesadną optymistką, ale myślę, że niektórym może się to udać :)

      Usuń
  6. Świetny tekst!
    Mój bookstagram i blog dopiero raczkują i wiem, że moje teksty pozostawiają jeszcze wiele do życzenia... ale kilka współprac mam już za sobą. Zdążyłam już niestety zauważyć, że są wydawnictwa, które nie potrafią docenić naszej ciężkiej pracy włożonej w przeczytanie i zrecenzowanie książki. Nie odpisywanie na maile... już nie wspominając o zwykłym dziękuję, po przesłaniu im linka do recenzji.
    Mnie osobiście bardzo cieszy fakt, że bookstagramów i blogów jest coraz więcej. Jednak zgadzam sie, że nie każdy się do tego nadaje... (sama w sumie nie jestem pewna, czy to co robię jest dobre;)).
    Niestety jak widać, większości wydawnictw zależy na ilości, a nie jakości. Nie ważne jak, byleby o książce było głośno... Myślę, że dopóki wydawnictwa nie zaczną stawiać na jakość, ciężko będzie to zmienić 😏
    Pozdrawiam
    @zaczytana.ana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za głos w sprawie :) Muszę koniecznie odwiedzić Twojego bloga.
      Co do wydawnictw - niektóre zdecydowanie powinny się bardziej starać. Wiem, że pewnie codziennie otrzymują setki wiadomości, ale chyba kultura wymaga, aby utrzymywać kontakt z blogerem, który dla nich pisze. Ostatnio podjęłyśmy współpracę z jednym wydawnictwem i póki co jest naprawdę na bardzo dobrze. Aż jestem zaskoczona. Dużym plusem jest fakt, że napisali do nas od razu używając liczby mnogiej. To rzadkość!

      Pozdrawiam, E.

      Usuń
  7. Muszę przyznać, że masz rację. Odwalamy dla wydawnictw kawał roboty, a często po wysłaniu maila z recenzją nawet głupiego "dziękuję" nie umieją napisać... Niektóre wydawnictwa piszą zawsze, inne nigdy. Na bookstagramie jestem już prawie rok, na blogosferze jakieś 9 miesięcy. Uwielbiam to robić i szczerze mówiąc, nigdy nie pomyślałam, żeby brać pieniądze za recenzje. Cieszę się po prostu z tego, że mam okazję czytać wiele książek, czasami przed premierą i nie muszę za nie płacić. Pamiętam tą radość, gdy nawiązałam pierwszą współpracę. I owszem poznałam to o czym mówisz, że jest ciężko i w ogóle... czasami pojawiają się chwile zwątpienia, strach czy zdążę coś przeczytać... Ale robię to, co kocham.

    zabookowanyswiatpauli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! Fajnie, że wpadłaś.
      Niestety coraz częściej mi się zdarzają sytuacje, w których wydawnictwa zachowują się nieodpowiednio. Najbardziej denerwuje mnie nieodpisywanie na maila, chociaż sami podjęli temat.

      Ja też bardzo cieszyłam się na pierwszą współpracę. Do teraz mam uśmiech na twarzy, kiedy pojawia się jakaś ciekawa propozycja, ale jestem też trochę zmęczona. Tzn. mam wrażenie, że zasługujemy, jako blogerzy w ogólności, na coś więcej aniżeli samą książkę.

      Cieszę się, że robisz to co lubisz i sprawia Ci to frajdę. Tak trzymać! :*
      Pozdrawiam, E.

      Usuń
  8. Prowadzę bloga i bookstagrama niezbyt długo, bo dopiero od marca, nie jestem też w tym mistrzem i jeszcze dużo muszę się nauczyć. Zdobyłam się na wsprolracę za książkę tylko przy okazji dwóch książek i trafiłam akurat na takie, które mogłam z czystym sumieniem polecic. Byłam też z tej drugiej strony i wiem, że te rzetelne i dobre recenzje są dla wydawnictw dużo bardziej pożądane i dużo więcej warte. To, że książkę wysyła się do 100 osób nie znaczy, że wszystkich traktuje się na równi. To nie owocuje od razu, ale po jakimś czasie ktoś, oto opiekuje się blogerami wie, komu może zaproponować ciekawą książę tylko dla wybranch, albo podesłać paczkę z niespodzianką.
    Współpraca to zawsze trudny temat i oczywiście, chyba każdy z nas marzy o tym, aby wydawnictwa chciały abyśmy to właśnie my zrecenzowali ich nową książkę, ale umówmy się - nie każdego z nas to spotka. I niestety dużo osób, które nie mają umiejętności np. w pisaniu tychże recenzji chciałoby dostać więcej i więcej i wręcz domaga się od wydawcy swoich "blogerskich praw". A prawda jest taka, że wtedy taki człowiek traci w oczach, a nie zyskuje i następnym razem jego opinia już nawet nie będzie brana pod uwagę ;) takie jest moje zdanie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzeniu w rozwijaniu bloga i insta! Dziękuję, że wpadłaś i podzieliłaś się swoimi spostrzeżeniami :)

      Usuń
  9. Takie teksty mogłabym czytać codziennie!
    Bookstagrama mam dłużej niż samego bloga, ale nadal mam wrażenie, że raczkuję i nie mam za bardzo czym się wybić. Piszę #nierecenzje i robię zdjęcia, bo to lubię, a jeśli jakieś wydawnictwo mnie przy tym zauważy, to tylko wisienka na torcie dla mnie. :)
    Tak jak Ty obserwuję "wysyp" nowych recenzentów i może zabrzmi to nie na miejscu, ale zastanawiam się, któ im zaproponował współpracę. Częste błędy językowe, nielogiczne zdania, o zgrozo błędy ortograficzne czy kolokwializmy. To nie na moją głowę. Dodajmy do tego recenzje, które zo zdanie zawierają spoiler... Aż strach wchodzić i szukać nowych recenzentów z obawy przed takimi perełkami. Oczywiście nie wkładam nikogo do jednego worka, takie sytuacje zdarzają się zarówno u starcych jak i nowych blogerów, a to tylko pokazuje ich podejście do tematu.
    Jeśli chodzi o zapłatę, dla małego blogera sama darmowa książka to już dużo, mówię tutaj na swoim przykładzie. Ale wiem, że popularni i rozchwytywani blogerzy powinni mieć już płacone. Mają swoją "markę" i czasami ich nazwa sprawia, że ktoś od razu sięgnie po książkę - najlepsza z możliwych reklam. Dodatkowo czytanie książek to w ich przypadku jak zlecenia, mają określony czas, w którym muszą się wyrobić, a niekiedy książek więcej niż dni w tygodniu.
    Temat rzeka, który zawsze będzie wywoływać sprzeczne emocje...
    Pozdrawiam
    Natalia (@_cabeswaterqueen_)

    OdpowiedzUsuń
  10. Na ten temat można by się rozpisywać i rozpisywać. Sama osobiście raczej nie przyjęłabym pieniędzy za recenzję i wrzucenie kilku zdjęć na IG. Dlaczego? Bo nie czuje się w tym najlepsza. Jak w sferze zdjęć czuję się dobrze, tak z pisaniem opinii bywa różnie. Wiem, że nie są jeszcze idealne, ale cały czas staram się dawać z siebie w nich wszystko. Dlatego właśnie cieszy mnie ta darmowa książka, często jeszcze przed premierą bardziej, niż pieniądze, które mogłabym za to dostać. Poza tym uważam, że te książki też nie są nam wysyłane tak całkiem za darmo. Dostajemy książkę właśnie za to, że ją w jakiś sposób pokażemy i napiszemy o niej kilka słów. Poświęcamy swój czas na ich czytanie. I mimo, że lubimy czytać bo sprawia nam to przyjemność, to i tak jest to jednak coś za coś.
    Jedyne co mnie trochę razi, to fakt, że wydawnictwa kompletnie nie zwracają uwagi na to, co konkretna osoba czyta. Dostaje mnóstwo propozycji książek z gatunku, w którym po prostu się nie odnajduje, a jak widzę, że ktoś, np. nie czytający kryminałów, dostaje takowe książki, to trochę mi przykro. Ale nic z tym nie poradzę, bo nie będę przecież się prosić. Dlatego też odrzucam ponad połowę propozycji bo jednak chce czytać to, co naprawdę mnie zainteresuje, żeby spędzić z tą książką miło czas. Nie chce zgadzać się na coś tylko dlatego, że dostanę książkę "za darmo". Przez co zauważyłam, że właśnie kilka wydawnictw już o mnie zapomniało.
    Myślę też, że byłoby właśnie tak jak napisałaś. Bloger narzuciłby swoje zasady, a wydawnictwo znalazłoby kogoś innego kto zrobi to za darmo. Nie ważne jak, ważne żeby pokazać. Smutne, ale tak niestety jest i chyba prędko to się nie zmieni.
    Post jest jak najbardziej dobry i uważam, że warto zwracać uwagę na takie rzeczy, bo może akurat dzięki temu, ktoś to w końcu zauważy.
    Pozdrawiam serdecznie,
    Dominika. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Hej!
    Post przeczytałam od razu, jak zobaczyłam powiadomienie na Insta, ale nie lubię pisać komentarzy z komórki. Dziś siedzę przed laptopem i postanowiłam się odezwać ;) Temat pojawia się ostatnio na wielu różnych blogach. Cieszę się, że i Wy, a właściwie Ty Ewelino, zabrałaś głos :*

    Bloga prowadzę od niemal dwóch lat. Założyłam go z miłości do książek. Czytam, odkąd pamiętam. Kiedy założyłam "prywatne" konto na Instagramie, często wrzucałam tam zdjęcia aktualnie czytanych powieści. Znajomi w komentarzach pytali mnie o opinie. Pomyślałam "może by tak założyć blog?". I założyłam.
    Pierwsza współpraca pojawiła się po ponad roku. Ani wtedy, ani dziś nie liczyłam na pieniądze. Mimo że jestem w kontakcie z trzema wydawnictwami (okazjonalnie pojawiają się też inne), przesyłka z książką wciąż cieszy tak samo :) Czytanie i pisanie recenzji traktuję jako pasję, szansę rozwoju i doskonalenia warsztatu. Wiadomo - nie pogardziłabym zapłatą, ale jest jak jest. Myślę, że taka postawa wydawnictw wynika z tego, że mimo dużej ilości blogów recenzenckich, to wciąż mało znane i rozpopularyzowane środowisko. Wydaje mi się, że mało który czytelnik, klient księgarni zagląda na blog przez zakupem. Przeczyta notę na okładce albo stronie internetowej i podejmuje decyzję. Bloggerzy nawzajem się odwiedzają, komentują, pytają, dyskutują. A ilu wśród naszych czytelników jest "zwykłych książkoholików" - bez bloga i konta na Instagramie? Myślę, że niewielu. Znamy się w "środowisku", a poza nim? Ale za to, kto to jest Maffashion czy jak jej tam ;), wie co trzeci Polak. Może rynek wydawniczy jest mniej dochodowy niż mody, kosmetyków i, choć to paradoksalne, dlatego nie dba się o reklamę, jaką bez wątpienia jest recenzja?

    Chcę się jeszcze odnieść do wyboru recenzentów przed wydawnictwa. Bookstagramowicz ze mnie jak wiadomo co z czego. Robię kiepskie zdjęcia. No dobra, może tragiczne nie są, ale do pięknych fotografii wiele mi brakuje. Dobrze to wiem. Instagram traktuję jako formę popularyzacji bloga, który jest dla mnie najważniejszy. Instagram to tylko dodatek. Stawiam na teksty. Na ich jakość. Wiadomo - popełniam błędy, ale staram się, by recenzje były jak najlepsze. A mam wrażenie, że wielu stronę językową po prostu ma w nosie. Jak widzę u "wielkich bloggerek" błędy, których wystrzegania uczono nas w podstawówce, krew mnie zalewa. Bo tu chyba nie chodzi o jakoś. O dbanie o stronę językową. O jak najmniejszą ilość błędów. O ciekawy tekst, o zaciekawienie czytelnika bloga, o wywołanie dyskusji. Liczą się statystyki. Liczą się cyfry. Liczą się kliknięcia, a nie jakość tekstu. To trochę boli i budzi poczucie niesprawiedliwości.

    Mój komentarz to chyba jeden wielki chaos, ale mam nadzieję, że wszystko jest jasne :)

    Pozdrawiam ciepło! :*

    OdpowiedzUsuń
  12. Cześć! Przeczytałam ten tekst dzisiaj rano i przez cały dzień myślałam od czego zacząć pisząc ten komentarz i jak to w ogóle ugryźć. Nie odbierz proszę tego komentarza jako hejtu w cokolwiek, bo nie to było moim zamiarem. Chcę po prostu wyrazić swoje zdanie, o co prosiłaś. No, dobra…. Pierwsze co uderzyło mnie z tego tekstu, to Twoje podejście do nowych blogerów i bookstagramowiczów. Piszesz ( i tu cytat) „czy każdy się do tego nadaje? Nie sądzę. Zarówno robienie ciekawych zdjęć, jak i pisanie dobrych tekstów, wymaga określonych umiejętności”. Pomyślałam sobie: okej, ale czy fakt, że robię zdjęcia telefonem (bo nie stać mnie na aparat), są na nich same książki trzymane w ręku na tle szarej ściany i wiem, że to najprostsze fotografie jakie mogłam zrobić, wyklucza mnie z udziału w sferze bookstagrama, bo się do tego nie nadaję? Odniosłam wrażenie, że postrzegasz bookstagram i blogosferę jako miejsce zamknięte tylko dla najlepszych, do którego nie mają wstępu przeciętni czytelnicy, mogą oni tylko obserwować co się dzieje, ale sami spróbować coś stworzyć to już nie. Obronię tu też początkujących blogerów, bo chyba zapominamy, że mimo początkowo słabych tekstów każdy ma prawo się rozwijać, doskonalić teksty i może za parę miesięcy będzie pisał lepsze recenzje niż większość innych blogerów. No i jeszcze jedno w tej kwestii – to, że komuś na początku nie wychodzi, nie oznacza przecież, że się temu nie poświęca i nie przykłada się do tego. Z resztą zawsze komuś będzie się coś nie podobało, nikt nie jest w niczym idealny. Po drugie lokowanie produktu. Piszesz: „Chodzi bardziej o to, że samo mówienie i pokazywanie ich powinno być w jakiś sposób doceniane”. Jeśli mielibyśmy patrzeć w ten sposób, wychodzi na to, że każdy kto na swoim blogu lub instagramie pokaże książkę i napisze o niej kilka zdań powinien dostać zapłatę, bo przecież ulokował produkt. Moim zdaniem nie jest to dobre rozwiązanie. Trzecia sprawa z podsumowania: „Współprace z wydawnictwami to dla nas przede wszystkim okazje, by przeczytać dużo ciekawych pozycji jeszcze przed premierą. To naprawdę sprawia frajdę!”. No właśnie, to sprawia Wam frajdę i wiele osób też chciałoby poczuć tą frajdę. Pewnie dlatego do wydawnictw spływa tyle pytań o współpracę. A to że książki dostaje teraz tak wiele osób i tak naprawdę kto popadnie to wina samych wydawnictw. Gdyby egzemplarze recenzenckie trafiały od początku tylko do wąskiego grona naprawdę najlepszych blogerów, podejrzewam że nie byłoby problemu z uczuciem niedocenienia. Obecnie kiedy otwieram instagram i widzę tydzień lub dwa przed premierą książki masę jej recenzji, to robi mi się smutno, że tyle osób dostaje szansę na przeczytanie tej książki wcześniej, a kiedy nadejdzie dzień premiery pojawiają się tylko wzmianki, że owa książka ma premierę, ale wszyscy mówią już o kolejnej pozycji, która niebawem się ukaże. Mam wrażenie jakbym zawsze była o krok za instagramem. Powinno to działać raczej w ten sposób, że kilku blogerów/instagramowiczów podsyca chęć przeczytania tej książki, ale cały bookstagram wyczekuje jej premiery, a kiedy w końcu nadejdzie razem się nią zachwyca. Najlepszym wyjściem byłoby chyba spore ograniczenie osób które otrzymują egzemplarze do recenzji przed premierą, bo to pokazałoby, że trzeba się trochę napracować, aby taki egzemplarz dostać. Mam nadzieję, że wtedy nie pojawiłoby się uczucia niedocenienia. Ja podziwiam blogerów, bo mimo że piszę (moim zdaniem) dość dobrze, to nie mam cierpliwości i samokontroli na regularne publikowanie postów. Mam nadzieję, że kiedyś będziecie mogły powiedzieć, że sytuacja jest na zadowalającym poziomie. Pozdrawiam, Monika :) ig: smileandgreatbooks

    OdpowiedzUsuń
  13. 1. Jak dla mnie wydawnictwa przesadzają z ilością egzemplarzy recenzenckich. Np. ostatnio na instagramie ciągle widuję książkę "Początek wszystkiego". Na samym początku miałam wielką ochotę aby po nią sięgnąć, jednak teraz już po prostu nie chcę bo mam wrażenie, że ta książka zaraz wyskoczy mi z lodówki. Tak samo jest w przypadku "Ogrodu małych kroków" i "Lokatorki". Premiery tych książek były w środę a ja mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, która tych książek jeszcze nie czytała, a w dodatku czuję przesyt tymi tytułami i jak na razie zupełnie nie mam zamiaru ich kupować. Czyli efekt odwrotny niż miało być. :)

    2. Większość blogów książkowych ma bardzo niskie zasięgi i niezbyt imponujące statystyki - w tym też mój :). Wydawnictwa nie będą płacić blogerom, którzy mają 100 obserwujących bo w porównaniu z blogami o innej tematyce jest to bardzo mało, dlatego uważam, że darmowy egzemplarz w takim wypadku jest wystarczający. Jeśli wydawnictwo miałoby komuś płacić to osobom, które mają naprawdę dużo obserwujących, a takich bookstagramów jest mało (sama nie znam ani jednego polskiego bookstagrama, który miałby więcej niż 30 tysięcy obserwujących). Poza tym, sam bookstagram jest środowiskiem raczej zamkniętym - mam na myśli to, że obserwujemy głównie siebie nawzajem, mało jest obserwujących, którzy nie prowadzą książkowych profili.

    3. Dla w mnie w tej całej sprawie z wydawnictwami najśmieszniejsi są nie młodzi blogerzy ale Ci starsi, którym się wydaje, że należy im się każda książka bo mają konto na instagramie kilka miesięcy dłużej i są strasznie zbulwersowani, że wydawnictwa doceniają nowych blogerów (którzy często prowadzą konta o wiele lepsze i ciekawsze niż Ci starsi). I jeszcze ogromnie bawią mnie osoby, których pasja do czytania polega na czytaniu książek od wydawnictw i żadnych innych - a jest takich osób dużo. Jest to dla mnie niesamowicie absurdalne i czasem jak przeglądam jakiś profil na instagramie i widzę tam tylko i wyłącznie reklamy to automatycznie tracę ochotę by taką osobę obserwować.

    4. Ten komentarz nie jest krytyką osób współpracujących z wydawnictwami. Niektórzy blogerzy powinni się czasem zastanowić czy ich pasja do czytania jeszcze istnieje czy już zamienili się w maszyny do reklamowania zapowiedzi. I absolutnie nie chodzi mi o wszystkich ale kiedy czytam posty blogerów, którzy żalą się, że nie nadążają z czytaniem i pisaniem recenzji dla wydawnictw to zastanawiam się - po co brać wszystko jak leci? Na pewno znalazłby się inny bloger, który tę książkę przeczytałby z przyjemnością. Ale często blogerom zależy tylko na tym żeby nabrać jak najwięcej książek dla siebie bo przecież ładnie wyglądają na półce a w dodatku dają za darmo to szkoda nie brać. I nie mówię tutaj o wszystkich bo wciąż jest mnóstwo osób które w bardzo fajny sposób łączą zapowiedzi z własnymi książkami ale jest też niestety mnóstwo osób takich jak wyżej. I to jest strasznie przykre bo nie taki powinien być sens istnienia bookstagrama.

    Strasznie się rozpisałam ale już dawno o tym myślałam i nawet miałam zamiar napisać posta na blogu na ten temat. Często mam wrażenie, że współprace tylko psują bookstagrama bo w przypadku wielu osób zabierają możliwość czytania tego co się lubi a niestety nie każdy bloger umie powiedzieć "nie".
    Pozdrawiam! :) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zupełności zgadzam się z tym co napisałaś w punkcie 1 (i 2 w sumie też). Jak widzę, że daną książkę przed premierą zdążyli już wszyscy przeczytać to odechciewa mi się po nią sięgnąć niestety :( przykre to, bo chciałabym cieszyć się lekturą i rozmawiać z innymi o tej książce wtedy kiedy wszyscy czytają, a nie tydzień czy dwa później, kiedy wszyscy mówią już o innym tytule :/

      Usuń
  14. No niestety ten temat, ma też to do siebie, że dużo się o nim mówi, ale nikt nie chce się w końcu wziąć za to co należy. Takie współprace (bartery) będą cały czas, bo mało kto chce zrezygnować z źródła darmowych książek, a poza tym takie osoby w tym ja boją się, że jak zawołają pieniędzy to wydawnictwa po prostu znajdą sobie inną osobę, która zrobi to za darmo...
    Myślę, że na dyskusjach o tym temacie się skończy.

    OdpowiedzUsuń
  15. No to ja chyba włożę kij w mrowisko... Ciężka praca? Odwalanie ogromnego kawałka roboty dla wydawnictwa? Przepraszam, ale... serio? Robicie to, co lubicie - czytacie, piszecie, fotografujecie. I dostajecie za to zapłatę - darmowe egzemplarze książek do recenzji. Gdyby podliczyć, ile ich dociera do Was w miesiącu, to wyszłaby zapewne niezła sumka.
    Mam wrażenie, że Wasze, blogerów, oczekiwania całkowicie rozmijają się z rzeczywistością. Branża wydawnicza nie jest branżą łatwą, nie przynosi ogromnych zysków. Redaktorzy i korektorzy nie zarabiają kokosów, a to oni "odwalają największą robotę". Za książką, którą dostajecie (za darmo!), stoi sztab ludzi - redaktor, korektor, DTP-owiec, grafik, osoba, która wprowadza poprawki po "rewizji" (najczęściej stażysta), pracownicy drukarni, marketingowiec... łańcuch jest dość długi. I blogi książkowe stoją na absolutnym końcu tego łańcucha. Społeczność bookstagrama jest zamkniętą społecznością. A że czytelnictwo jest w Polsce, jakie jest... no nie ukrywajmy - w większości czytacie i obserwujecie sami siebie. Efekt Waszej pracy (mimo że niekiedy bardzo dobry wizualnie - podziwiam pomysłowość, kreatywność, warsztat (zwłaszcza fotograficzny)) nie przynosi wydawnictwom takich zysków, o jakich chyba myślicie. Miejsce na półce w Empiku czy Matrasie (tak, za to też się płaci), reklama na facebooku, mailingi... wszystkie inne formy promocji są bardziej opłacalne, bo docierają do szerszego grona odbiorców.

    Nie kieruję tego komentarza do żadnej konkretnej blogerki czy blogera. Nie chciałabym też nikogo urazić. Mówiąc "Wy", nazywam zjawisko, które ostatnio obserwuję. Śledzę kilka najpopularniejszych kont na bookstagramie, bo lubię książki i lubię zdjęcia. Niektóre z tych kont są małymi dziełami sztuki, naprawdę. Ale te żale, które ostatnio przelewają się przez internet, są, no przepraszam bardzo, nie obraźcie się, śmieszne. Tego hobby nie da się zmonetyzować. No, może kilku blogerów z absolutnego topu w przyszłości zacznie zarabiać na swoich blogach, ale raczej nie poprzez wypłaty od wydawnictw, a z reklam, które u siebie zamieszczą. Robicie fajną robotę i róbcie ją dalej, czytajcie, rozwijajcie swój warsztat i fotograficzny, i pisarski, ale nie oczekujcie cudów, bo te cuda nie nadejdą.

    Pozdrawiam serdecznie!
    Paulina

    OdpowiedzUsuń
  16. A ja jako osoba pisząca o wartościowych książkach i uważnym czytaniu, powiem tak: byle nie darmowe egzemplarze! Zwłaszcza, jeśli to chłam, na którego druk drzew szkoda. Sama wybieram co czytam i co mnie interesuje. Nie potrzebuję ustawiać makulatury na półkach.

    Nie interesują mnie również darmowe książki, gdy wydawnictwo ponagla do ich zrecenzowania, dając np. tydzień na przeczytanie i opinię od otrzymania egzemplarza. Jak powiedziała Paulina Małochleb, krytyczka literacka, na Festiwalu Miłosza: "a gdzie czas na przemyślenie książki?"

    Nie wierzę w to, że osoby, które publikują po kilka recenzji tygodniowo, naprawdę czytają te książki uważnie i wychodzą w swoich opiniach dalej niż pobieżność i utarte schematy. Wtedy robi się z bloga to, o czym piszesz - słabizna, która odstrasza "zwykłych", nieblogowych czytelników. Zniechęceni, nie będą szukać wartościowych blogów o literaturze, przekonani, że wszystko to badziewie na jedno kopyto.

    Zakładam, że większość blogerów książkowych założyła swoje blogi z pasji do czytania. Dlaczego więc rzucają się na darmowe egzemplarze od wydawnictw, nawet jeśli sami by po nie nie sięgnęli i robią ze swoich blogów słupy reklamowe? Bo "wszyscy" tak robią? Bo czują się podbudowani dostrzeżeniem przez wydawnictwo?

    Życzę każdemu blogerowi, aby o wartości jego bloga świadczył poziom publikowanych na nim tekstów, a nie ich liczba, ani multum logo w zakładce "współpraca".

    OdpowiedzUsuń
  17. Hej. Ja jestem dopiero na początku blogowania, Bookstagram prowadzę nieco dłużej. I tak jak napisałaś nie myślalam nigdy nad tym aby ktos płacił mi za recenzję. Sam fakt czytania przed premierą mnie zawsze bardzo cieszy. Ale! Jak wiadomo im większa popularność tym więcej książek a to oznacza że więcej czasu taki bloger musi przeznaczyć na ich przeczytanie, zrecenzowanie, etc.i myślę że masz całkowitą rację. Czas to pieniądz i wiele w tej kwestii powinno się zmienić. A co do osób które uważają że blogerzy promują beznadziejne książki - każdy ma inny gust. To co jednemu się podoba może się nie podobać innemu i na odwrót. Sama mam znajomych (spoza sfery blogosfery i ig) których zachwycają chyba wszystkie książki... Pozdrawiam @tomandbooks

    OdpowiedzUsuń

Subscribe